Sławomir John Lipiecki Website
rejestraja
login hasło


Koniec ery pancerników?
 

Jednym z ulubionych twierdzeń, występujących w mass mediach „speców” od historii morskiej, jest iż dzień 7 kwietnia 1945 r. (zatopienie „Yamato”) to „kres ery pancernika”. Czemu nie jest nim na przykład 14 października 1939 r. (zatopienie HMS „Royal Oak” przez U-47), względnie 12 kwietnia 1904 r. (rosyjski „Pietropawłowsk” tonie na japońskiej minie), oraz dlaczego 9 czerwca 1940 r. (zatopienie HMS „Glorious” przez pancerniki „Scharnhorst” i „Gneisenau”), względnie 29 listopada 1944 r. (torpedy okrętu podwodnego USS „Archerfish” posyłają na dno „Shinano”) tudzież 25 października 1944 r. (pancernik „Nagato” i krążownik liniowy „Kongo” niszczą USS „Gambier Bay”) nie uznają oni za „kres ery lotniskowca”, tego tak po prawdzie nie wiadomo (…)

 

 

Władcy oceanów
Pancerniki wywodzą się w prostej linii od stworzonych do wsparcia oddziałów lądowych, opancerzonych parowców - pływających baterii dział, które zadebiutowały bojowo podczas oblężenia rosyjskiej twierdzy Kinburn w październiku 1855 (Wojna Krymska). Później, gdy ich prędkość oraz zasięg wzrosły, udoskonalono opancerzenie i uzbrojenie, zajęły miejsce drewnianych okrętów liniowych – dotychczasowych „władców oceanów”. Uważano je za najważniejsze jednostki floty, nie do pokonania przez mniejsze okręty - jedynym godnym przeciwnikiem pancernika był inny pancernik. Jednak szybki rozwój min morskich i pojawienie się torped, doprowadziły do rewizji tych poglądów - okazało się, iż co prawda okręty liniowe są nadal najtrudniejszymi do zatopienia okrętami floty, ale spora grupa niewielkich, tanich torpedowców przy dozie szczęścia potrafi tego dokonać w sprzyjających okolicznościach (i przy idealnych warunkach meteorologicznych).
Decydującą rolę dla japońskiego zwycięstwa pod Cuszimą, oprócz wielkich armat, miały również śmiałe ataki torpedowe. Wkrótce potem wybuchła I wojna światowa, podczas której „władcami oceanów” okazały się nie pancerniki, a posyłające na dno setki tysięcy BRT okręty podwodne, częściowo „zdetronizowane” dopiero przez coraz doskonalsze kontrtorpedowce (późniejsze niszczyciele).
 
Amerykański pancernik USS "Iowa" (BB-61) podczas hipotetycznej wojny atomowej. W tle wybuch strategicznej głowicy termonuklearnej W90 z rakiety manewrującej BGM-109 Tomahawk TLAM-N, odpalonej wcześniej przez pancernik.
 
Teoria lotniskowca
W latach międzywojennych, amerykańscy sympatycy teorii Douheta i Mitchella uważali lotniskowiec za istną machinę zagłady, przed którą nic się ukryje, nie zdoła uciec, oprzeć jego potędze. Rezultatem tego, kompletnie bzdurnego założenia, było zaniedbanie konstrukcji okrętów podwodnych, uważanych przez wyznawców tezy o „prymacie lotniskowca”, za broń nadającą się co najwyżej do obrony własnych wybrzeży, a najlepiej do lamusa. Twierdzono, iż żaden okręt podwodny nie zdoła ukryć się przed „argusowym okiem” samolotu z lotniskowca, toteż „podwodniakom” nakazano jak najrzadsze korzystanie z peryskopów, które notabene i tak zaprojektowano tak, by były jak najmniejsze, więc ciemne i niewygodne w użyciu. Atakując lotniskowiec, dowódcy okrętów podwodnych w ogóle mieli ich nie podnosić, parametry do strzału wypracowując wyłącznie dzięki prymitywnym wówczas szumonamiernikom (później coraz doskonalszym stacjom hydroakustycznym).
„Lotnicy” zakładali, iż bombardowaniem z lotu horyzontalnego (poziomego), można bez trudu ugodzić i posłać na dno dowolny pancernik, bo tak pokazywał przykład post-niemieckiego „Ostfriesland” i basta. Tyle, że nikt nie zastanawiał się wówczas nad tym, że ten dość stary, wysłużony okręt stał sobie na beczkach całkowicie pozbawiony gotowości bojowej, obrony przeciwlotniczej, zdolności manewru, a nawet szczelności kadłuba (sic!) W rezultacie, nieproporcjonalnie wielką uwagę poświęcono bombardowaniom z dużej wysokości, mimo iż zarówno teoretyczne obliczenia, jak próby poligonowe wykazały ich niewielką skuteczność przeciw jednostkom pływającym. Dotyczyło to zresztą nie tylko Amerykanów, również japoński admirał Isoroku Yamamoto domagał się od załóg japońskich bombowców pokładowych poprawy celności w atakach z lotu poziomego, co uzyskano drogą niezwykle intensywnego treningu (jako takie sukcesy odnoszono jednak i tak tylko w przypadku bombardowania nieruchomego celu). Tłumaczenia, iż lepsze rezultaty dałoby się uzyskać, rezygnując z ataków horyzontalnych, na rzecz bombardowania z lotu nurkowego, niespecjalnie do niego trafiały.
Ten tok myślenia sprawił, iż zarówno amerykańscy, jak i japońscy konstruktorzy, nieproporcjonalnie wiele uwagi poświęcali górnym (poziomym) pancerzom okrętów liniowych, ciężkim armatom do zwalczania samolotów na wysokim pułapie itp. Także systemy kierowania ogniem przeciwlotniczym konstruowano przede wszystkim pod kątem zwalczania ciężkich bombowców. Dotknęło to zresztą nie tylko pancerniki - Brytyjczycy naprawdę sporo się napracowali, by zbudować ciężki bombowiec mogący operować z lotniskowców, pomimo niewielkich szans, że kiedykolwiek doczeka się silników o dostatecznej niezawodności i mocy. Z kolei stratedzy amerykańskiej i japońskiej marynarki, uwierzyli w możliwości wielkich łodzi latających, lepiej ich zdaniem od klasycznych ciężkich bombowców sprawdzających się na rozległych, usianych atolami obszarach Pacyfiku.
Stary „Ostfriesland” sprawił Amerykanom także inną niemiłą niespodziankę. Po 1921 US Navy wypożyczając okręty do testów, domagała się bowiem podpisania zobowiązania, że w razie „przypadkowego zatopienia”, prowadzący testy poniosą pełną odpowiedzialność finansową. Musieli je podpisać także oficerowie testujący nowy zapalnik magnetyczny do torped Mark 6, co w praktyce zmusiło ich do rezygnacji z gruntownego sprawdzenia jego niezawodności. Z podobnych względów nie przyjrzano się bliżej również zapalnikowi uderzeniowemu. Podczas wojny oba okazały się praktycznie niezdatne do bojowego użycia, zdecydowanie obniżając skuteczność ataków torpedowych, tak z samolotów, jak okrętów nawodnych i podwodnych.
Co jednak najbardziej zdumiewające, ci sami - wciąż akcentujący prymat samolotów w przyszłych wojnach - „lotnicy”, jakby zupełnie nie dostrzegali, że konsekwencją ich doktryny będzie chęć zniszczenia lotniskowców przez przeciwnika w pierwszej kolejności. Gdy Generał Claire Lee Chennault - późniejszy twórca słynnych „Latających Tygrysów” - w roku 1933 opublikował książkę „Rola lotnictwa pościgowego w obronie” wykazującą, iż lotnictwo bombowe nie będzie w stanie wykonać swych zadań, o ile przedtem myśliwce nie wywalczą przewagi powietrznej, spotkał się z niezrozumieniem, a nawet wrogością „lotników”. Nie potrafili oni przyjąć do wiadomości, iż pierwotne tezy Douheta i Mitchella mogą być, choćby nawet tylko częściowo, błędne.
W rezultacie, przedwojenna taktyka amerykańskiego lotnictwa pokładowego, niewystarczającą uwagę poświęcała samolotom myśliwskim. Gdy w Japonii komandor porucznik Minoru Genda, w rok po wydaniu książki Chennaulta, wprowadzał w życie słynny „gendaizm”, którego podstawowym założeniem było wywalczenie przewagi powietrznej nad celem, poprzez wykorzystanie silnych zgrupowań myśliwców dalekiego zasięgu, US Navy nie tylko nie opracowała skutecznych metod obrony okrętów przy pomocy własnych myśliwców, ale nawet zasad ich współdziałania z bombowcami. Kiedy w japońskich podręcznikach zalecano by samoloty myśliwskie stanowiły 1/3 biorących udział w uderzeniu maszyn, w USA ten współczynnik wahał się między 1/4 a 1/5.
„Lotnicy” wciąż starali się umieszczać na lotniskowcach jak najwięcej maszyn „ofensywnych” (bombowców nurkujących i torpedowych), kosztem – jak sądzono - „czysto defensywnych” (myśliwców), zakładając iż niedobór tych drugich uda się w razie potrzeby zrekompensować zastosowaniem w roli myśliwców... bombowców oraz silną artylerią przeciwlotniczą.
 
Praktyka weryfikuje
Druga wojna światowa równie srogo obeszła się z pomysłami tak „lotników” jak i cywilnych pisarzy-futurystów. Podczas całej wojny bombowce horyzontalne zdołały zatopić jedynie dwa pancerniki. Pierwszym był USS „Arizona” (BB-39), rozerwany przypadkowym wybuchem magazynu dymnego prochu (do katapulty wodnosamolotów), gdy stał na kablu w Pearl Harbor, całkowicie pozbawiony gotowości bojowej – należy więc ten przypadek więc uznać za klasyczny „fuks”. Drugim okrętem liniowym, który padł ofiarą ciężkich bombowców był niemiecki „Tirpitz”. W tym miejscu należy jednak podkreślić, że do zniszczenia tej jednostki, musiano użyć specjalnych bomb „Earthquake” (wersja 5 tonowych bomb „Talboy” o zwiększonej sile wybuchu), do których przenoszenia nadawały się jedynie największe ówczesne bombowce. Wcześniejsze próby bombardowania pancernika kończyły się bowiem na ogół całkowitym fiaskiem i często niemałymi stratami wśród atakujących. Swoją drogą - analogicznie jak w przypadku „Arizony” - całkowite unieruchomienie niemieckiego pancernika w trakcie nalotu, niespecjalnie wpisuje się w oryginalne koncepcje Billy Mitchella. Co więcej, użycie bomb o tak znacznym wagomiarze w latach dwudziestych było z technologicznego punktu widzenia sprawą niewyobrażalną.
Wielkie łodzie latające, nie miały więcej szczęścia. PBB-1 Boeinga oraz P4Y-1 Consolidated nigdy nie weszły do służby, zaś ogromnych Martin „Mars” wyprodukowano niewiele i używano głównie do zadań transportowych. Japończycy dysponowali pewną ilością łodzi latających „Emily”, lecz mimo paru spektakularnych sukcesów (np. zbombardowania magazynów piechoty morskiej na wyspie Roi), te ogólnie średnio się sprawdziły w roli, jaką im przed wojną wyznaczono. Z kolei Royal Navy była zmuszona zrezygnować z kompletnie nieudanego Avro Manchestera, zwłaszcza że korzystanie z tak wielkich maszyn, na niezbyt obszernych brytyjskich lotniskowcach, okazało się niemożliwe. Samolotem tym zainteresował się natomiast RAF. Po szeregu przeróbek, od zmiany koncepcji napędu z dwu-, na czerosilnilnikową poczynając, a nazwy na „Lancaster” kończąc, okazał się jednym z najlepszych bombowców strategicznych II Wojny Światowej (to właśnie Avro „Lancastery” z 9 i 617 dywizjonów RAF zatopiły 12 listopada 1944 r. zakotwiczonego w norweskim fiordzie „Tirpitza”). W Stanach Zjednoczonych P4Y-1 stał się podstawą do opracowania B-24 „Liberator”. Średnio przydatny dla maszyn US Navy celownik Nordena, okazał się niezastąpiony w US Army Air Force - ale była to dla bezkrytycznych zwolenników Mitchella zdecydowanie mała pociecha.
Traktowanie „po macoszemu” zagadnienia obrony floty przez myśliwce mściło się na amerykańskim lotnictwie pokładowym przez cały 1942 rok. Niedostateczna ilość maszyn tego typu, brak jasnych zasad współpracy, walki w formacji i łączności były przyczyną utraty trzech lotniskowców („Lexington”, „Yorktown”, „Hornet”), a także nadmiernych strat personelu latającego, od eskadry Johna C. Waldrona koło Midway poczynając.
Historia lubi się powtarzać - niedoceniane przez „lotników”, okręty podwodne okazały się potężną bronią zarówno defensywną jak i ofensywną, która zdecydowanie niższym kosztem niż lotnictwo pokładowe, posłała na dno niewiele mniej lotniskowców wroga i o wiele, wiele więcej jednostek handlowych, co jest sprawą najistotniejsza w każdej wojnie. Gdy tylko okręty podwodne zastosowano w sposób właściwy, omalże całkowicie pozbawiły Japonię dostaw surowców, żywności, paliw, czyniąc praktycznie bezużytecznymi wielkie masy wojsk, stacjonujące na wyspach Pacyfiku i w Chinach. Przyczyniło się do tego nowe pokolenie podwodniaków, nie dopatrujące się sensu w wielogodzinnym kryciu się w głębinie, bo gdzieś w oddali zamajaczył pojedynczy samolot. Praktyka wojenna wykazała, iż postrzegany wyłącznie w roli „zwierzyny łownej lotniskowca” okręt podwodny, może całkiem skutecznie zapolować na ów lotniskowiec.
 
USS Iowa 1985
Pancernik USS "Iowa" (BB-61) podczas manewrów "US Baltops-85" na Bałtyku. Fotografie wykonano z pokładu polskiego okrętu rozpoznania radioelektronicznego.
 
Pancerniki na wojnie
Zwykło się twierdzić, iż po nalocie na Pearl Harbor, US Navy dostrzegła kluczową rolę lotniskowców w wojnie i dlatego zrezygnowała z ofensywnego użycia pancerników. Pewnym potwierdzeniem tej teorii może być fakt, że ze zdolnych do akcji okrętów liniowych zorganizowano 1 Zespół Uderzeniowy, który osłaniał Zachodnie Wybrzeże USA, zaś lotniskowce przeznaczono do rajdów na zajęte przez Japończyków wyspy. Okręty liniowe – zdaniem wielu historyków - otrzymały zadanie drugoplanowe, czyli ochronę bezpośrednią obywateli USA.
Niestety, mimo iż tak się na pierwszy rzut oka wydaje, bynajmniej nie potwierdza to tezy o „odesłaniu pancerników do lamusa” - tak się po prostu składa, że praktycznie cała US Navy przeszła w omawianym okresie do głębokiej defensywy! De stricto jedynymi jej jednostkami prowadzącymi działania ofensywne w prawdziwym znaczeniu tego słowa, były okręty podwodne (choć, jak pokazuje przykład Filipin, nie zawsze im je przydzielano jak należy). Lotniskowce prowadziły klasyczną „wojnę szarpaną” (ich ówczesna maksyma „uderz i uciekaj”), co było po prostu wariantem aktywnej obrony. Pancernikom zaś przydzielono zadanie najważniejsze - obronę kluczowych dla dalszego prowadzenia wojny baz.
Dlaczego wybrano taki właśnie podział obowiązków? Główną przyczyną była niemożność zaopatrywania na morzu większej ilości okrętów. Niemieckie U-booty w pierwszych miesiącach 1942 roku dosłownie zmasakrowały niczego niespodziewające się, nie konwojowane amerykańskie jednostki handlowe w Zatoce Meksykańskiej. Rezultatem był chroniczny brak tankowców i okrętów zaopatrzeniowych - można było zabezpieczyć logistycznie albo same pancerniki, albo same lotniskowce, ale nie jedne i drugie równocześnie. Ponadto w związku z doświadczeniem z Kuantanu, gdzie japońskie lotnictwo bazowe posłało na dno brytyjski pancernik HMS "Prince of Wales" (pozbawiony osłony powietrznej i skutecznej artylerii przeciwlotniczej), użycie do śmielszych akcji bojowych okrętów liniowych nie wchodziło w grę, przynajmniej do czasu opracowania nowych technologii z dziedziny obrony przeciwlotniczej. Pozostawały więc lotniskowce, mające jeszcze tę zaletę, że ewentualna utrata któregoś z nich miała zdecydowanie mniejsze znaczenie propagandowe, niż utrata pancernika.
W bitwie na Morzu Koralowym, okręty liniowe także nie mogły wziąć udziału z powodu niedostatku okrętów zaopatrzeniowych i tankowców. Co prawda posłano je na Morze Koralowe, obładowując paliwem i amunicją na taką skalę (dla siebie, lotniskowców Halseya oraz niszczycieli), że przekraczały wszelkie dopuszczalne limity zanurzenia, ale po stwierdzeniu iż w rejonie Wysp Salomona pojawiły się lotniskowce japońskie, 1 Zespół Uderzeniowy zawrócono, ponieważ jego przeciążone okręty miałyby ograniczone możliwości prowadzenia walki.
Oczywiście „lotnicy” triumfowali. Sugerowali, iż pancerniki są już kompletnie nieprzydatne, należy przestać je budować, bo dotychczasowe sukcesy wykazują, iż przyszłość należy do lotniskowców. Było to typowe zaklinanie rzeczywistości i próba odwrócenia uwagi, w zacnym celu ukrycia, że słowo „sukces” należałoby tu umieścić w cudzysłowie - lotniskowce były wykorzystywane w sposób daleki od ideału, co skończyło się m.in. taktyczną porażką na Morzu Koralowym.
Podczas Bitwy pod Midway pancerniki wraz lotniskowcem eskortowym „Long Island” zupełnie bezużytecznie patrolowały obszar Pacyfiku w odległości 2000 mil na wschód od Hawajów, bo obawiano się, iż lotniskowce Nagumy ominą lotniskowce Spruance’a i zaatakują słoneczny Stan Kalifornia. Był to bardzo poważny błąd taktyczny - zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby przydzielenie tych okrętów do osłony lotniskowca „Yorktown”, co pozwoliłoby łatwiej odpierać ataki samolotów zespołu Nagumy, w rezultacie czego być może okręt udałoby się ocalić.
Na Wyspach Salomona po krótkim, aczkolwiek uwieńczonym błyskotliwym zwycięstwem, pobycie w rękach „marynarza” Spruance’a, dowództwo nad lotniskowcami ponownie wróciło do „lotników”. Doszło do kilku bitew, w tym dwu lotniskowców - oczywiście sukcesu na miarę Midway osiągnąć się nie udało. Dla wzmocnienia obrony przeciwlotniczej zespołu lotniskowców przydzielono dwa najnowsze pancerniki (wszakże gdyby „lotnikom” zaproponowano zamianę „cztery krążowniki przeciwlotnicze, za dwa pancerniki” najpewniej zgodziliby się bez wahania). Z początku okręty liniowe niespecjalnie umiano wykorzystać. Dochodziło do iście kuriozalnych przypadków, jak ten z dnia 24 sierpnia 1942 r., gdy lotniskowiec USS „Enterprise” rozwijając podczas opierania ataku powietrznego prędkość ponad 30 węzłów po prostu uciekł spod zbawczego przeciwlotniczego parasola pancernika USS „North Carolina”, w rezultacie czego „oberwał” trzema japońskimi bombami.
Pancerniki wszakże w końcu zastosowano jak należy, posyłając do walki z siłami nawodnymi - to one uchroniły przyczółek na Guadalcanalu przed japońskim ostrzałem w nocy z 15 na 16 listopada 1942 r., niszcząc przy okazji krążownik liniowy „Kirishima”. Gdyby uczyniono to wcześniej, najpewniej uniknięto by wielu poważnych kryzysów i klęsk, w które obfitowała ta kampania.
W tym miejscu należy jednak podkreślić, że pomimo sporej intensywności walk, Wyspy Salomona były w rzeczywistości traktowane przez obie strony jako kierunek drugorzędny. Decydujące starcia toczyły się na Nowej Gwinei i miały wkrótce zacząć na Wyspach Gilberta i Marshalla. Tzw. „wolne pancerniki” oczekiwały na swą chwilę w Pearl Harbor. Odmówiono prośbie MacArthura, by wykorzystać je na Nowej Gwinei, motywując to brakiem dokładnych map. Szkopuł w tym, że wkrótce potem miano je wykorzystać na wyspach środkowego Pacyfiku, których najnowsze mapy pochodziły niekiedy z połowy XIX wieku, co pozwala się domyślać politycznych powodów decyzji - MacArthur rozważał start w wyborach prezydenckich 1944 roku, z ramienia Partii Republikańskiej i mógłby się okazać dla aktualnego lokatora Białego Domu bardzo groźnym rywalem, gdyby za pomocą pancerników „zbyt szybko” wygrał wojnę (...)
W 1943 roku pancerniki działały coraz śmielej, zarówno na dalekiej Północy, jak wyspach centralnego Pacyfiku. Prawdziwą rewolucję wszakże przeżyły dzięki ponownemu objęciu przez Spruance’a dowództwa nad flotą. Ten zaczął ich używać do wsparcia zdobywającej kolejne wyspowe twierdze Piechoty Morskiej i osłony przeciwlotniczej lotniskowców.
Z przytoczonego powyżej zestawienia wynika jasno, że przyczyną początkowej supremacji lotniskowców w wojnie na Pacyfiku, nie było wyczerpanie się możliwości bojowego zastosowania pancerników, a przyczyny kompletnie z nimi niezwiązane - uszkodzenie kilku pancerników w Pearl Harbor, niedostatek możliwości zaopatrzeniowych, względy propagandowe i polityczne. Potem już pancerniki znajdowały się cały czas w głównych siłach floty, biorąc udział we wszystkich ważniejszych jej operacjach.
 
Koniec ery pancernika?
Przyjrzyjmy się teraz typowemu uzasadnieniu „podrzędnej roli” pancernika podczas tamtej wojny. Otóż „okręty liniowe wystrzeliły zdecydowanie więcej pocisków do umocnień nadbrzeżnych, niż do okrętów”. To prawda, szkopuł w tym, że lwia część lotów samolotów pokładowych miała za cel... wsparcie wojsk naziemnych, wykorzystano przy tym zdecydowanie więcej bomb, rakiet i karabinowych kul, niż do ataków na japońską flotę. Tego rodzaju logika prowadziłaby więc do wniosku, iż lotniskowce pełniły podrzędną rolę względem okrętów podwodnych, bo te akurat niesłychanie rzadko wspierały oddziały Marines, swych dział i torped używając głównie do zwalczania jednostek nawodnych, szczególnie handlowych.
Innym argumentem jest, iż stoczono wiele bitew lotniskowców, a starć pancerników było tylko kilka. Także ten dowód jest wyraźnie chybiony - można bowiem z kimś walczyć, o ile jest ku temu okazja, a tej amerykańskie pancerniki nie miały. Wszystko to przez kunktatorstwo japońskich sztabowców, do ostatka oszczędzających własnym okrętom liniowym czegoś tak ryzykownego jak bitwa z przeważającymi siłami pancerników US Navy.
Kolejnym argumentem degradujący rzekomo pierwszoplanową rolę okrętów liniowych jest wskazywanie, iż to one osłaniają lotniskowce podczas marszu zespołu bojowego, a nie odwrotnie. Szkopuł w tym, że równocześnie samoloty z lotniskowców osłaniają cały zespół, więc również i pancerniki. Co więcej podczas wielu operacji lat 1944-1945 najistotniejszym obowiązkiem zespołów floty była osłona transportowców, a potem wojsk desantu, a nie siebie nawzajem. Nieważne bowiem ile na wojnie zatonie okrętów wojennych, liczą się jedynie stałe, nieprzerwane dostawy surowcowe oraz udane operacje desantowe.
Zrozumienie, jak powstała teoria „lotniskowca - władcy oceanów” przyniesie nam jednak dopiero dogłębna analiza argumentu „to lotniskowce były główną siłą bojową podczas bitew”. Częściowo jest to prawda (w zależności od regionu i przyjętej taktyki), tyle tylko że tak się składa, iż głównym celem posiadania floty wojennej wcale nie jest staczanie bitew, a obrona własnych linii zaopatrzeniowych, baz i innych obiektów strategicznych, a równocześnie przerywanie takich linii przeciwnikowi, niszczenie i zajmowanie jego baz – słowem, osiąganie pewnych celów strategicznych. Bitwy morskie są jednym ze środków służących wypełnieniu tych celów, a nie środkiem jedynym. Są skutkiem, a nie przyczyną szerszych działań zwanych „kampaniami”, bądź „operacjami” - ich zaledwie niewielkim wycinkiem.
Lotniskowiec nie jest „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”, a częścią pewnego zgrupowania jednostek, mających za cel wypełnienie określonego zadania. Jeśli celem tego zgrupowania jest obrona transportowców z żołnierzami desantu przed zespołem wrogich lotniskowców, to główną siłą ofensywną zespołu będą lotniskowce, wspierane przez pancerniki, a gdy po zneutralizowaniu zagrożenia z morza, żołnierze zaczną lądować na plażach i tworzyć przyczółki, wtedy to pancerniki staną się główną siłą ofensywną zespołu (jak wykazano wielokrotnie, są one skuteczniejsze we wsparciu oddziałów lądowych), lotniskowce zaś przyjmą funkcję jednostek osłony - coś takiego możemy zobaczyć choćby podczas walk o Saipan w lecie 1944 roku. Z kolei gdy zagrożeniem dla zespołu będą wrogie pancerniki, idące pod osłoną powietrzną w dzień, lub bez osłony w nocy, wówczas własne okręty liniowe staną się główną siłą ofensywną, wspieraną w dzień przez lotniskowce, a w nocy przez krążowniki i niszczyciele.
Reasumując, przez całą drugą wojnę światową tylko trzy w pełni przygotowane do walki pancerniki zostały zniszczone bezpośrednio przez zmasowany atak samolotów (HMS „Prince of Wales”, Musashi i „Yamato”). Jeden, częściowo pozbawiony gotowości bojowej i zdemilitaryzowany, uległ samosterującej bombie FX-1400 („Roma”). Pozostałe stały nieruchomo w porcie lub doku i ich zniszczenie podyktowane było albo przypadkiem (USS „Arizona”, „Gneisenau”), bądź to na skutek braku gotowości bojowej (USS „Oklahoma”) tudzież miażdżącej przewagi nieprzyjaciela („Tirpitz”) lub słabej konstrukcji („Conte di Cavour”).
W tym kontekście na poważnie można brać jedynie przykład zatopienia „Prince of Wales” oraz obu japońskich gigantów typu Yamato. Tu jednak także pojawia się proste wyjaśnienie tej sytuacji – brytyjski pancernik zbudowany był wyłącznie do walki z innymi okrętami i na początku wojny nie prezentował sobą wysokiego potencjału przeciwlotniczego. W 1941 roku skuteczny atak samolotów na manewrujący, będący w pełnej gotowości bojowej okręt liniowy nie mieścił się jeszcze w głowie większości sztabowców, zaś systemy uzbrojenia przeciwlotniczego pancerników dalekie był od doskonałości. Innymi słowy, samoloty (zwłaszcza torpedowe) – jak każda nowa, udana broń – po prostu były z początku niejako skazane na sukces, przynajmniej do czasu, gdy opracowano skuteczne metody walki z nimi. W późniejszym czasie amerykańskie i brytyjskie pancerniki coraz lepiej radziły sobie z powietrznym przeciwnikiem, by pod koniec wojny doprowadzić obronę przeciwlotniczą niemal do perfekcji, oczywiście w kontekście dostępnych wówczas technologii. Sami japońscy piloci, którym jakimś cudem udało się przeżyć atak na któryś z okrętów liniowych US Navy wspominają w swych relacjach, że próba ugodzenia takiego okrętu przypominała „skok w przepaść przez piłę tarczową”. Zdolność przetrwania w połączeniu z potężnym uzbrojeniem zarówno ofensywnym jak i defensywnym oraz optoelektronicznym systemem kierowania ogniem, ponownie uczyniły pancernik najpotężniejszą jednostką w zespole. Podczas bitwy pod Santa Cruz 26 października 1942 roku, pancernik USS „South Dakota” (BB-57) zestrzelił 26 wrogich maszyn (do końca wojny ta ilość wzrosła do ponad 32) i nawet jeśli przyjąć te dane jako zawyżone, dają pewien pogląd na to, jaką drogę przeszło uzbrojenie przeciwlotnicze i systemy kierowania ogniem w przeciągu niespełna dwóch lat trwania wojny (dla Amerykanów).
Japończycy nie wprowadzili na pokłady swoich okrętów tak daleko idących zmian technologicznych. W 1944-1945 roku każdy z olbrzymów typu Yamato mając na pokładzie po ponad 150 armat przeciwlotniczych, strzelał do samolotów wielokrotnie mniej efektywnie od najstarszego pancernika US Navy. Fakt ten, w połączeniu ze słabszą niż się spodziewano odpornością systemu przeciwtorpedowego tych jednostek, stał się jedną z podstawowych przyczyn ich zatopienia. Trzeba jednak podkreślić, że okoliczności, w jakich doszło do ich zagłady nie pozwalają na krytykowanie takich czy innych wad konstrukcyjnych, gdyż oba japońskie giganty zostały zaatakowane przez niemal 400 najlepszych wówczas samolotów lotnictwa morskiego na świecie – Nec Herkules contra Plures! Raz, że takie siły mogli wówczas skomasować i wystawić jedynie Amerykanie, dwa że jeśli tak zmasowane uderzenie ma udowodnić rzekomy „koniec ery pancerników”, to równie dobrze w tym kontekście do lamusa idą wszystkie inne klasy okrętów nawodnych – z natury dalece łatwiej zatapialne i bardziej podatne na atak z powietrza.
Co więcej, można powiedzieć, że na skutek ataków powietrznych zatonęło o wiele więcej lotniskowców (i innych klas okrętów) niż pancerników. Ponadto okręty liniowe cechowały się zwykle ogromną żywotnością i zachowywały gotowość bojową w przypadku wielu trafień, które inne klasy okrętów, łącznie z lotniskowcami, dawno posłałyby na dno.
Gdy amerykańskimi lotniskowcami dowodzili „lotnicy”, tylko raz udało im się osiągnąć przekonujące zwycięstwo (Leyte), choć za cenę „wystawienia” Japończykom desantu, co trudno oceniać pozytywnie (gdyby nie zespół pancerników kontradmirała J. B. Oldendorfa, bitwa ta mogłaby zakończyć się dla Amerykanów trudną do opisania katastrofą). Za ich kadencji parokrotnie dochodziło do żenujących wpadek, jak choćby wycofanie się zespołu lotniskowców Fletchera spod Guadalcanalu, oficjalnie „w celu uzupełnienia paliwa”. Gdy dowodzenie lotniskowcami znajdowało się w rękach R. A. Spruance - „marynarza” - osiągano przekonujące zwycięstwa, dzięki sensownemu wyznaczeniu celów i wyborowi taktyki. Wygląda jakby lotnicy mieli problem ze zrozumieniem, że lotniskowiec jest ważną jednostką, ale najważniejsze jest powodzenie operacji, w której bierze udział. Dla marynarzy była to oczywistość - pod Saipanem R. A. Spruance bardzo słusznie nie rzucił się w pogoń za lotniskowcami Ozawy, bo kluczem dla prowadzonej przez niego operacji było zajęcie Marianów, a nie topienie floty japońskiej.
Prawdziwym kuriozum pozostaje fakt, że wyjątkowo trafnie i udanie zdołała wykorzystać pancerniki... US Army! W styczniu 1945 na Filipinach, „wolne pancerniki”, w tym również weterani z Pearl Harbor, na czele floty inwazyjnej dokonały przejścia wąskimi cieśninami pomiędzy wciąż zajmowanymi przez Japończyków wyspami do zatoki Lingayen. Zespół był wielokrotnie atakowany przez lotników shimpu, okręty podwodne, motorówki samobójcze „Shinyo” itp. Pancerniki bez większego uszczerbku wytrzymały trafienia, które mniej odporne jednostki posłałyby na dno, pozostając całe tygodnie na pozycjach bombardowania i udzielając skutecznego wsparcia (nie tylko artyleryjskiego, ale także logistycznego!) nacierającym wojskom. Nagle okazało się, iż te pogardzane przez niektórych wielkie „rzęchy”, były w stanie prowadzić działania w warunkach przewagi powietrznej, przy niesłychanej determinacji przeciwnika.
Logiczne zastosowanie tych okrętów przez armię, wynikło być może z tego, że w wojskach lądowych nie ma żadnego „króla bitwy”, a lotnictwo, artyleria, czołgi i piechota są jednostkami równorzędnymi, które wzajemnie się wspierają, a ich głównym celem nie jest staczanie bitew, a zajmowanie pewnych punktów o strategicznym znaczeniu – tak się wygrywa wojny! Gdyby jakiś kadet stwierdził, iż po wynalezieniu ręcznych wyrzutni przeciwpancernych i przeciwlotniczych, „epoka samolotów i czołgów” się skończyła, najpewniej skończyłby za biurkiem w jednostkach cmentarnych.
 
Pancernik USS "Iowa" (BB-61) w konfiguracji z początku lat 90-tych XX w.
 
Miejsce pancernika na współczesnym polu walki
Niektórzy twierdzą, iż rezygnacja z powojennej budowy pancerników dowodzi, iż okręty te nie sprawdzałyby się na nowoczesnym polu walki, a ich pancerz nie jest odporny na ataki rakietowe tudzież atomowe. Tak się wszakże składa, iż omalże ten sam los nie spotkał także wszystkich amerykańskich lotniskowców. Powstałe głównie na bazie armijnego lotnictwa US Air Force twierdziło, iż w świetle doświadczeń wojny najważniejsze są ciężkie bombowce, uzbrojone w broń atomową, bądź „inteligentną”. Było to na tyle przekonujące, iż Kongres drastycznie zmniejszył fundusze na Marynarkę Wojenną, co wymusiło zaprzestanie budowy praktycznie wszystkich pancerników i lotniskowców. Potem, US Navy udało się uzyskać zwiększenie budżetu, tyle że niewystarczająco do pokrycia wszystkich potrzeb, dlatego do rezerwy wycofano nie tylko większość starszych pancerników, ale i lotniskowców.
Długo zastanawiano się, jaki okręt będzie najlepiej wypełni wyzwania stawiane przez przyszłość. Początkowo wszystko wskazywało na pancernik uzbrojony w rakiety. Pierwotne obawy związane z „łatwością trafienia” tych wielkich jednostek oraz ich rzekomej wrażliwości na pociski rakietowe i atomowe nie znalazły potwierdzenia w praktyce - okręty liniowe wykazały wielką odporność na skutki wybuchu jądrowego, a lotniskowce nikłą lub żadną. Przykład USS„Nevada” (BB-36) udowodnił ponadto, że pancerz wspaniale chroni te jednostki przed rakietami przeciwokrętowymi, nawet tymi najcięższymi.
Prototypową jednostką miał być USS „Kentucky”, nieukończony pancernik typu Iowa. Jednak w końcu zdecydowano się postawić na lotniskowce, jako okręty łatwiejsze w projekcie i budowie, modernizacji samolotów mających większy zasięg uderzenia od armat pancernika (wówczas samosterujące rakiety klasy woda-ziemia pozostawały samolotów sferze marzeń fantastyczno-naukowych). Ponadto wymiana samolotów na nowocześniejsze kosztuje zdecydowanie mniej, niż budowa nowego okrętu liniowego, co w pewnym stopniu niweluje wysoki koszt utrzymania lotniskowca i personelu pokładowego.
Warto przy tym zauważyć, że to właśnie koszty utrzymania sprawiły, iż tylko US Navy dysponuje obecnie pancernikami. Okręty liniowe rzeczywiście są obecnie najpotężniejszymi okrętami na świecie, jednak przez ekspertów oceniane są jako tzw. „nadmierny luksus”, gdyż większość operacji mogą za nie wykonać liczne i przy tym znacznie tańsze krążowniki lub niszczyciele z systemem AEGIS, zaś w charakterze jądrowej broni odstraszającej bardziej dopatrują się okrętów podwodnych klasy SSBN typu Ohio i strategicznych bombowców klasy Stealth typu B-2 „Spirit”. Oczywiście uzbrojony w pełen pakiet broni termojądrowej pancernik (teoretycznie 32 pociski manewrujące Tomahawk i nawet do 1200 atomowych pocisków artylerii głównej kalibru 406 mm) będzie niewiarygodnie groźnym przeciwnikiem dla każdego państwa. W byłym ZSRR z całego arsenału USA obawiano się jedynie pancerników typu Iowa (!) Sam admirał Siergiej Gorszkow, będący wówczas dowódcą floty przyznał później, że Związek Radziecki nie dysponował żadną bronią umożliwiającą obronę własnych wybrzeży przed atakiem jądrowym przeprowadzonym przez pancerniki za pomocą pocisków artyleryjskich Mk-23 KATIE. Co więcej, każdy samolot czy rakietę można zestrzelić tudzież zakłócić – pocisku artyleryjskiego raczej nie da się zestrzelić (lub jest to bardzo trudne), szczególnie gdy co ok. minutę w stronę celu szybuje ich aż dziewięć!
Doszliśmy do czasów, gdy Marynarka Wojenna osiągnęła przewagę nad lotnictwem. Dziś samolot nie stanowi już realnej groźby dla większości nowoczesnych okrętów. Zaawansowane technicznie rakiety przeciwlotnicze z głowicami kinetycznymi, zbliżeniowymi lub atomowymi, odpalane z wielokomorowych wyrzutni VLS sięgają celów położonych w kosmosie, na wyposażenie wchodzą wysokoenergetyczne systemy dział laserowych, systemy radioelektroniczne potrafią wykryć setki celów powietrznych naraz, a samoloty nie bardzo mają się jak ukryć nad oceanem, zaś ich uzbrojenie limituje zasięg ich systemów naprowadzania na cel itd.
Tym niemniej uznano, że eksploatacja pancerników jest obecnie zbyt kosztowna i nie jest uzasadniona zagrożeniem pokoju światowego. Dla zmodernizowanego pancernika epoki rakietowej nie ma obecnie godnego przeciwnika, ani – paradoksalnie - zastosowania operacyjnego, poza sporadycznym ostrzałem brzegu, obroną przeciwokrętową lub udzielaniem wsparcia logistycznego i medycznego. Jednak tego typu zadania mogą względnie skutecznie wypełniać liczne, mniejsze okręty nowych klas i typów. Ponadto argumentuje się, że pancerników jest niewiele (obecnie dwa nadające się do ponownej reaktywacji), dlatego nie mogą być wszędzie, gdzie są potrzebne, natomiast mniejsze jednostki, dzięki dużej ich liczbie, jak najbardziej tak. Jakkolwiek nie wszystkie te argumenty znajdują praktyczne potwierdzenie, to mimo wszystko utrzymywanie obecnie tych wielkich jednostek w linii rzeczywiście wydaje się zbytecznym wydatkiem.
Podobnie rzecz się ma w przypadku wielkich lotniskowców floty. Jedynym „rywalem” USA na tym polu jest Francja, dysponująca... jednym, niewielkim lotniskowcem o napędzie turbojądrowym. Brytyjskie małe lotniskowce, czy rosyjskie krążowniki-lotniskowce, można porównywać co najwyżej z niewielkimi lotniskowcami eskortowymi czasów wojny, ewentualnie japońskimi „pancernikami lotniczymi”. O ile jednak lotniskowce Royal Navy są względnie nowoczesne i udowodniły swoją przydatność, to rosyjskie jednostki tej klasy pretendują raczej do miana „pływającej kupy złomu”.
Wojna w Korei, II wojna indochińska i I wojna w Zatoce Perskiej, wykazały pełną przydatność zarówno lotniskowców, jak i pancerników, które teraz - dzięki wyposażeniu w pociski samosterujące oraz zaawansowaną technicznie amunicję artyleryjską AGWS ERGM - mają zbliżony zasięg swych ciosów względem dowolnego lotniskowca, przy nieporównywalnie większej odporności na uszkodzenia i siłę ognia. Jak więc widać, gorący ongi spór między zwolennikami lotniskowców i pancerników stracił wszelki sens, tyle że tak po prawdzie nigdy go nie miał (…)
 
Sławomir Lipiecki
 

 

Przybornik
Jesteś 29844 majtkiem na pokładzie.

Przeszukaj witrynę:



 

Morze Statki i Okręty - FB

 

Mój baner:

 

 

Zaprzyjaźnione serwisy:

 

          USS Iowa (BB-61)

USS Iowa Association - Battleship Pacific Center

 

Sklei i serwis komputerowy

 

 

 

 

 


   Mapa strony

Portfolio
       Sławomir Lipiecki
        Publicystyka
        Rysunki i Grafika
        Webdesign
Okręty
        Artykuły
        Recenzje
        Modele
        Źródła
MSiO
        Numery
        Facebook
        Magnum-X
Koty
        Artykuły
        Źródła
        Mój poradnik
Persido
        Żywot człowieka poczciwego
        Kogut domowy
        Zgrupowanie AK Podlasie
        Galeria
Galeria
        Moje prace
        Okręty
        Koty
        Różne
Kontakt
   Szybki kontakt

Telefon: (0) 666 941 766
E-mail: irbis@warships.com.pl
   Narzędzia

   Stali współpracownicy :

Daniel Wolszczak
E-mail: persido@warships.com.pl

Barbara Cebulska
E-mail: barbaracebulska@warships.com.pl



Copyright (c) Sławomir Lipiecki